Nie będzie rewolucji bez dodatkowego prądu

Nie będzie rewolucji bez dodatkowego prądu

Czasy, gdy telefon wytrzymywał na baterii pięć dni odeszły bezpowrotnie. Ale wieczorny rytuał podłączania pod ładowarki praktycznie każdego przenośnego urządzenia to już przesada. Jeśli ten problem nie zniknie, technologiczna rewolucja raczej nie nadejdzie.

Swój pierwszy telefon komórkowy dostałem od rodziców w połowie 4 klasy szkoły średniej, czyli w okolicach 2001 roku. Klasyk – Nokia 3310, aparat który obrósł już kultem ze względu na swoją wytrzymałość. Bateria nie dostarczała może rekordowo długiego czasu pracy, ale trzy dni jako minimum, a cztery-pięć jako standard w zupełności wystarczało. Wystarczało do tego stopnia, że poszukania ładowarki schowanej gdzieś w szufladzie nie należały do rzadkości. Ale były to też czasy, kiedy ludzie zachłysnęli się możliwością posiadania telefonu w kieszeni, niczym nieskrępowanego kontaktu, który jeszcze kilka lat wcześniej definiowany był przez telefon stacjonarny. Zawsze lubiłem filmy science-fiction, szczególnie te pokazujące niedaleką przyszłość. Ale mówiąc szczerze niespecjalnie wierzyłem, że w przeciągu trzynastu lat świat zmieni się tak bardzo. Telefony z dotykowym ekranem, tablety, powerbanki, smartwatche. To już codzienność – nawet jeśli chodzi o inteligentne zegarki. Tych ostatnich pokazano już tak wiele, że za kilka chwil staną się kolejnym gadżetem, który przestanie być fanaberią. Jest tylko jedno „ale”. Baterie.

Powiedzmy sobie szczerze – urządzenia elektroniczne nie mają pokazywać naszego statusu społecznego, naszego zamiłowania do gadżetów, ale ułatwiać życia, chociażby umożliwiając szybki kontakt ze światem. I choć sam nie do końca rozumiem sens posiadania inteligentnego zegarka, to niektóre jego drobiazgi sprawiają, że powoli się do takiego urządzenia przekonuję. Możliwość sprawdzenia czasu w innym rejonie świata, automatyczne przestawienie godziny po podróży w inny zakątek globu, powiadomienia o sms’ach, emailach, rozmowach telefonicznych. Owe „notyfikacje” chciałbym mieć gdzieś bliżej niż na ekranie telefonu, nie lubię ciągłego wyciągania go z kieszeni. Jeśli miałbym też zmieniać utwór na Spotify bez konieczności pchania ręki do spodni (jakkolwiek źle to brzmi), byłoby mi zwyczajnie łatwiej. Możliwość ustawienia wyglądu cyferblatu pod kątem stroju, humoru czy pogody to również fajna opcja. Ustaliliśmy więc, że jestem w stanie przeznaczyć ten tysiąc złotych na zegarek. Ale pod warunkiem, że nie będę musiał ładować go każdej nocy. 20 godzin pracy na baterii jako dobry rezultat? Ja go nie akceptuję.

 

 

Coraz lepsze procesory w telefonach i tabletach. Coraz więcej możliwości inteligentnych zegarków. A problem słabej baterii jakoś nie potrafi zniknąć. Widzę jak użytkownicy niektórych telefonów z Androidem chwalą się dwoma, trzema dniami pracy na baterii. A potem widzę, że każdy ma w pracy i w samochodzie kabelek. Owszem, są aparaty, które działają na jednym ładowaniu naprawdę długo, ale to wciąż za mało by z otwartymi ramionami przywitać technologiczną rewolucję. Żyjemy w czasach, w których każdy, kto używa telefonu więcej niż sporadycznie, musi sam troszczyć się o stan naładowania urządzenia i mieć jakiś plan awaryjny kiedy status akumulatora niebezpiecznie zbliża się do zera.

Powiem Wam, jak wygląda to u mnie, bo kilka tygodni temu wybrałem się nawet do elektronicznego hipermarketu kupić kolejną listwę – miałem zwyczajnie dość rozkładania ładowarek po całym domu. Wrzuciłem ją za szafkę przy łóżku, tworząc domowe centrum ładowania. Dokuje tam każdego wieczora kilka urządzeń. Dwa telefony (iPhone i windowsowa Nokia), powerbank (na wszelki wypadek, gdyby głód prądu dopadł w podróży), tablet i elektroniczny papieros. Od czasu do czasu podłączam również DualShocka 4 (pad do konsoli PlayStation 4), nie przepadam bowiem za graniem na kablu, a informacja o rozładowującym się kontrolerze pojawia się na ekranie każdego wieczora. Pięć urządzeń ssie prąd z gniazdka zawsze gdy zapadnie zmrok, a to urządzenia używane jedynie przez dwie osoby. Tak naprawdę tylko jeden sprzęt spełnia elektryczne oczekiwania – czytnik Kindle, ale to wyjątek, który potwierdza regułę.

Smartfon z akumulatorem nowego typu może działać dwa, do nawet trzech razy dłużej niż dotychczas. Co więcej, ogniwa te mają się również cechować znacznie mniejszą podatnością na zużycie.

Brzmi świetnie, podobnie jak marcowe obietnice szybszego ładowania urządzeń. Tak naprawdę z każdego rozwiązania byłbym zadowolony. Jeśli mógłbym naładować telefon w powiedzmy 30 minut, jakoś przełknąłbym jego rozładowywanie się po dobie. Z drugiej strony połączenie tych dwóch rozwiązań, czyli szybkiego ładowania i długiego czasu pracy na akumulatorze byłoby wręcz idealne i zapewne popchnęło technologiczną rewolucję do przodu. Bo inteligentne zegarki nie mają szans na wejście do naszej codzienności do momentu aż nie zostanie rozwiązany problem szybko rozładowujących się baterii. Mnie na przykład powstrzymuje to od zakupu najmocniej. Nie wyobrażam sobie bowiem, by klasyczny czasomierz, w którym zmieniam baterię raz na rok, miałby zostać zamieniony na urządzenie, które codziennie wieczorem podpinam pod kabel. Chociażby dlatego, że czasem zupełnie o tym zapominam – szczególnie kiedy człapię do łóżka z zamkniętymi oczyma.

 

 

Czas pracy na baterii powoli stał się jednym z niezwykle istotnych argumentów przy wyborze nowego sprzętu. Chociażby telefonu lub tabletu. Jako użytkownik urządzeń od koncernu z Cupertino cierpię w kwestii telefonu i tabletu. Mój iPhone kwalifikuje się już do wymiany baterii, choć i tak wątpię, by różnica czasu pracy była warta wydatku. Tablet działa zdecydowanie dłużej, jednak dłużej też musi być podłączony do kabla kiedy kończy się zmagazynowany prąd. MacBook Air daje mi w tej kwestii pewność i swobodę, ale to nie jest urządzenie, które mam zawsze przy sobie i to nie od niego zależy kontakt ze mną. Zbliża się moment wymiany telefonu i nie ukrywam, że czas pracy na baterii będzie tym razem brany pod uwagę zdecydowanie bardziej. I tak naprawdę nie wiem, czy nowe iPhony, którymi jestem zainteresowany, nie przegrają z urządzeniami oferującymi zdecydowanie lepsze możliwości w tym zakresie. Czekam więc na tę zapowiadaną rewolucję, która sprawi, że ładowarki znów wylądują w szufladach. Bo tak naprawdę tęsknie za czasami, kiedy były tak rzadko używane, że musiałem ich szukać.